Mam na imię Józef. Od wielu lat chodzę po lesie, bywam nad jeziorami i wodnymi oczkami, witam powracające ptaki. W międzyczasie postanowiłem fotografować naturę, dbać o środowisko oraz pisać. Żeby być dziennikarzem redagującym cykl artykułów traktujących o ochronie przyrody, trzeba zielony świat dostrzegać takim – jakim jest. Dalej to już samo życie pisze.

Bladym świtem ruszyłem w teren. Wychylony zza horyzontu, rozpalony do białości dysk budzącej się gwiazdy – sygnalizował otoczeniu pojawienie się potęgi Matki Natury. Po ziemi rozchodziła
się jasna poświata, a nabierając dystansu do słońca zmieniała odcień na ciemniejszy. Współbieżne promienie (niczym na płaskowyżu Nazca) niosły światło, a ono przeganiając nocne cienie – docierało do zaułków…

Kogut, pobudzony słonecznym promieniem wychodząc z kurnika zatrzymał się, rozgarnął pazurami ziemię podwórza, zebrał się w sobie i … zapiał! Radosny ton pieśni poranka niósł się wśród strzępów mgieł ponad polami i dotarł do mnie. Czekałem na gulgot indyka, lecz ten milczał… Rzekłem więc: witaj pogodny poranku.

Zefirek nabierając mocy tarmosił obsypane liśćmi gałęzie drzew, a myszołów umiejętnie korzystał z prądów wstępujących wraz „wisiał” nieruchomo nad moją głową. Gdy opadał, wyraźnie dawał do
zrozumienia – kto tutaj jest u siebie?
Czułem uporczywy wzrok „mysiaczka” i mimo że stała za mną cała moc antropopresji – usiłowałem zejść z oczu stworzeniu: żeby zapolował, nakarmił swą rodzinę oraz spokojnie żył…

W tamtej chwili zdawałem sobie sprawę, że przedstawiony sposób myślenia nie jest zbyt popularny pomiędzy Bałtykiem, a Karpatami. Będąc jednak zdeterminowany by plan zrealizować, rozejrzałem się i dostrzegłem czatownie stojącą na czterech słupkach. Owa skojarzyła mi się jako domek Baby Jagi z bajek dla niegrzecznych dzieci. Mając jednak na oku patrolującego swój teren szponiastego ptaka – zwinnie dałem nogę w kierunku upatrzonego siedliska.. Wdrapałem się na drabinkę, a gdy skrzydlaty strażnik był do mnie odwrócony ogonem – przez otwarte drzwi wszedłem do środka.
Ptaku przestworzy: zszedłem ci z oczu, więc bądź szczęśliwy i rób swoje, a ja zerknę przez okno co w terenie? Chwyciłem lornetkę… Wtem, od podłogi po ściance wejściowej sunął dźwięk – ni to
buczenie, czy zawodzący szum wiatru, a może nawet „subtelne” wezwanie – spadaj, póki jesteśmy dobrzy… Zerknąłem w jego kierunku i zdębiałem.

W przestrzeni o której mowa unosiło się kilkanaście zjeżonych – szerszeni i ciągle przybywały nowe. To nie był „komitet powitalny” , więc w tempie zacząłem układać plan -„weź nogi za pas”. Ale, okna małe – wysoko. Drzwi otwarte, lecz wyjścia pilnują owady. Jestem obwieszony sprzętem, koszulka z krótkimi rękawami. Ludzie! Co robić?
Rozglądając się po wnętrzu szukałem właściwej drogi. Niestety, nie dano mi czasu – nawet chwili. Przechwyciłem zbliżający się posępny dźwięk, a w promieniach wpadającego przez okienko słonecznego światła – ujrzałem zbliżające się migotliwe błyski skrzydeł obrońców gniazda. Ruszyły!
Chwyciłem sprzęt, zamknąłem oczy i rzuciłem się do drzwi. Złapałem za poręcz i skok … Ręce zostały na górze, a nogi trzy szczeble niżej szukały oparcia i znalazły. Spojrzenie za siebie – pusto.
Trudno uwierzyć lecz z szerszeniami – minęliśmy się. Uśmiechnięty mruknąłem: mam was w nosie. A tu raptem: trach, trach, trach – po gołych rękach… Zrobiły swoje i prysły, a niech to!
Z rozpędu, metodą spadającego liścia – ląduję na ziemi . Pojękując, poprawiam plecak, zabieram sprzęt i swobodnie oddycham… Poczułem, że problem został zażegnany… Niestety, niczym
rozpędzony „Pershing” uderzył we mnie duży szerszeń. Uchyliłem się nieco, lecz jego użądlenie najbardziej zabolało. W danej chwili ujrzałem jak po wielkiej bitwie opada kurz, a tam i wtedy – zapadła cisza i trwała…
W głowie huczało. Ruszyłem z tempa do samochodu. Tuż przed pojazdem przyszła zbawienna myśl: lubisz miód, więc będzie ok. W sekundę wyhamowałem. Najważniejsze, że jestem cały uff. Pobolało i przestało. Postanowiłem w przyszłości szerokim łukiem omijać chatki Baby Jagi.
Z życia wzięte
Kiedyś gdy pszczoła wleciała do mieszkania gospodarz otwierał szerzej okno i pomagał biedulce – żeby wyfrunęła. Obecnie, demokratyczny „macho” wygania z pokoju: dzieci, psy, koty
oraz małżonkę i bierze w łapy klapkę na muchy. Pszczoła od wielu tysiącleci przyjaciółka, stając się byłą dobrodziejką – ląduje bez życia w śmieciach. Ludzie, tak nie można!
Poległa, przez psychozę gadania o owadach niosących zagrożenie, ponieważ lubimy narzekać i robić – dobrą minę do złej gry… Pszczele rodziny jako przyjaciele i darczyńcy mieszkają z nami od
zawsze, lecz wystarczyły ostatnie 3 dekady oraz „pewien luz,” żeby zrodziła się fobia w stosunku do najbardziej pożytecznych owadów świata. Gwoli ścisłości w temacie: Aktywność pszczół w UE przynosi roczny dochód – ponad 12 miliardów Euro.
Józef Dbały