Mam na imię Józef. Od wielu lat chodzę po lesie, bywam nad jeziorami i wodnymi oczkami, witam powracające ptaki. W międzyczasie postanowiłem fotografować naturę, dbać o środowisko oraz pisać.

Zakole. Każdego dnia wołało mnie ciszą…
Co było dalej? Kupiłem odpowiedni sprzęt, zasięgnąłem języka i okazało się, że w tutejszej prasie, cyklicznie nie są drukowane artykuły przyrodnicze. To była moja szansa. Nawiązałem również kontakt z Ligą Ochrony Przyrody i w 2017 roku otrzymałem od wspomnianej organizacji – podziękowanie w formie dyplomu za współpracę. Patrząc refleksyjnie na życie, profesja przyrodnika – dziennikarza jest zajęciem budującym lecz potrzebne doń jest zamiłowanie. (W słońce, zimno czy deszcz bywa się w terenie.) Rozmawiam także ze spotkanymi ludźmi, a krajani bywają: grymaśni, mają „swój” sposób bycia wraz trzymają się własnych racji.
Cieszy jednak, że w Polsce w br. z listy gatunków łownych zostały wykreślone:
- głowienka
- czernica
- łyska
- jarząbek
- słonka.
W/w. ptaki objęto całoroczną ochroną.
Gwałtownie spadająca liczebność populacji wspomnianych stworzeń wynika: z utraty siedlisk, zasypywania oczek wodnych, odwadniania terenów podmokłych, zbyt wygórowanej dawki herbicydów i nawozów, urbanizacji itp. Prawda o naturze: Wszystkie istoty żyjące na swobodzie, „to nie zuchy – burczymuchy”. One od chwili urodzenia – walczą o przeżycie.
Pewnego mroźnego dnia do kupionego karmika małżonka po raz pierwszy wsypała jedzenie dla ptaków z postanowieniem, że tak będzie czyniła do końca zimy. Kilkoro osób z naszej rodziny również podejmuje w/w. zamierzenia.
Wstając owego dnia rano zerknąłem na termometr za oknem – wskazywał -12 st. C. Po zjedzeniu śniadania załatwiłem jeszcze kilka spraw i około godz.10: 00 byłem gotów jechać z karmą do lasu. Powiedziałem żonie gdzie będę jadę i ruszyłem w drogę.
Już na miejscu gdy otworzyłem drzwi samochodu silny podmuch wiatru wraz z mieszaniną śnieżnego pyłu wepchnął mnie do środka. (Poczułem się jak 14 – latek gdy z kolegami zbudowałem igloo). Mimo to wyszedłem na zewnątrz, założyłem plecak i ruszyłem na wschód – pod zawieruchę… Czynnik chłodzenia wiatrem znacznie obniżył temperaturę otoczenia, lecz hej ho, hej ho… raźno parłem do przodu.
Przeszedłem w tempie jezdnię, dalej kawał pola i zwolniłem dopiero wchodząc do lasu. Zrobiło się cieplej, wiatr przycichł, lecz wpadając chwilami pomiędzy drzewa – tarmosił moją kurtkę i szalik.
Robiłem swoje.

Racja pożywienia z poprzedniego dnia została zjedzona. Wokół panowała cisza, więc wracam.

Ale, ale szukając wzrokiem plecaka potknąłem się o potężny pieniek i padłem na kolano. Dla kurażu warknąłem na tych którzy zrąbali to dorodne drzewo. Ręce jednak zaczęły mi marzną, więc pomyślałem o rękawiczkach – były w plecaku. Zdjąłem go i postawiłem na śniegu, lecz już nie sięgnąłem doń, bo podmuch wiatru plecak przewrócił i odsunął.
No nie… Chwytając ów rozejrzałem się wokół i… na śniegu, kilka metrów na południe, wśród leżących gałęzi – zamajaczył nieruchomy kształt… Co to jest…? Pomyślałem. Podejdź i zobacz… zadziałała siła woli. Podchodziłem, lecz na odgłos skrzypiącego śniegu leżąca nieruchomo sowa – poderwała się i upadła. Z tyłu ptaka, widoczne bezwładne prawe skrzydło.

Delikatnie chwyciłem ptaka, schowałem pod kurtkę by ją ogrzać i biegiem do samochodu. Nie poruszała się… Dopiero kilka metrów przed pojazdem drgnęła, potem drugi raz i zaczęła się wyrywać. Będziesz żyła, będziesz. Powtarzałem półgłosem.
Dojechaliśmy do weterynaryjnej przychodni. Lekarze uważnie zbadali sówkę i wzajemnie wymienili uwagi: „Wiele dni nie jadła… Jest do granic wyziębiona…”. Po konsultacji skierowano nas do innej placówki. Tutaj zbadano stan uszatki, dostała kroplówkę na wzmocnienie, a przygotowując stworzenie do operacji – zrobiono zdjęcia rentgenowskie. Czekałem w holu. Wśród bytujących pacjentów i ich właścicieli – zapadła cisza. I trwała, trwała…
Wyszedł dr operator. Co dobrego panie doktorze – zagadnąłem. „Latać nie może, ale będzie żyła” – odpowiedział lekarz. Poczułem ulgę i zapytałem, a co ze skrzydłem…? „Musiałem amputować” – niestety. Po chwili namysłu rzekł: „Na ciele uszatki brak śladów walki: kłów i pazurów… Co sugeruje , że rany ptakowi prawdopodobnie zadał człowiek!” Uścisnąłem lekarzowi rękę i podziękowałem.
W międzyczasie przyjechał właściciel ostoi dla rannych zwierząt, zabrał opatuloną ptaszynę i zawiózł do siebie. Po kilku godzinach zadzwoniłem: Dobry wieczór, ja w sprawie operowanej uszatki: „Żyje i będzie żyła” – usłyszałem. I dalej: „Zapewniliśmy jej dobre warunki. Jest w pomieszczeniu – dochodzi do siebie. Gdy się ociepli przeniesiemy uszatkę do woliery” Podziękowałem.
Odkładając telefon doszła mnie głęboka myśl: Powinieneś wysłać pieniężny datek. Wysłałem. W nocy obudziłem się. Podchodząc do okna ujrzałem na trawie białawą okrywę sadzi. Spojrzałem na termometr: wskazywał -18 st. C. W wyobraźni ujrzałem sówkę jak wygląda na mroźny świat.
Stworzenia żyjące na wolności stanowią ważną część przyrody, a ona jest dobrem narodowym. Mimo to – rani się żywe istoty, zadaje im ból i uniemożliwia dalszą egzystencję.
Zwierzęta podlegają ochronie prawnej. Wszelkie przypadki niehumanitarnego traktowania zwierząt – należy zgłaszać pod nr.112. Chrońmy Matkę Naturę.
Zerkając do Ekokalendarza
22 maja: Międzynarodowy Dzień Różnorodności Biologicznej
Święto ustanowione przez ONZ jest apelem do narodów świata: o ochronę dzikiego życia, zdrową uprawę roślin i produkcję żywności, stabilizację klimatu, tudzież eliminowanie zanieczyszczeń ziemi, wody i powietrza.
31 maja: Dzień Bociana Białego.
Obchodzony w Polsce od 2003 roku promuje m. in. wiedzę na temat wymienionych ptaków. Lecz bocianom bardziej potrzebny jest bezpieczny przelot nad cieśninami i wyspami Morza Śródziemnego. (Wiele ptaków tam ginie podczas migracji.)
W listopadzie br. w Turcji odbędzie się: „COP 31”. Wśród tematów prawdopodobnie nie będzie kwestii bezpiecznego przelotu skrzydlatych przyjaciół – w tym bocianów nad tureckim terytorium. Dla bocianów to sprawa: „Być albo nie być”.