Jak ograniczyliśmy jedzenie mięsa

Dlaczego powinno się jeść mniej mięsa? Czy mięso jest niezdrowe? Czy posiłkiem bez mięsa można się w ogóle najeść? Jak ograniczyć jedzenie mięsa? Takie i pokrewne pytania mogą krążyć w waszych głowach. I w naszych też krążyły, ale przyznam, że bez większego ładu i składu. Zaczęliśmy jeść mniej mięsa nieco samoistnie, bezwiednie, a poniżej krótko opowiadam w jaki sposób.

Punkt wyjścia

Zacznijmy od dwóch kwestii. Po pierwsze, jestem ogromną miłośniczką zwierząt. Niczym nie można mnie tak omamić, jak zwierzątkiem, któremu dzieje się krzywda. Po drugie, bardzo smakuje mi mięso. Właśnie zastanawiam się, czy nie powinnam tego napisać w czasie przeszłym, ale niech będzie – ogólnie mi smakuje. Lubię burgery, sushi, a moimi ulubionymi daniami są placek po węgiersku i carbonara. Widać tu trochę sprzeczne „interesy”, nie?

Teraz dodajmy do tego wszystkie wiadomości o tym, jak negatywnie produkcja (bo inaczej tego nazwać nie można) mięsa wpływa na klimat. Tych informacji długo szukać nie trzeba, więc zostawię was samych z googlem w tej kwestii. No i dodatkowo jeszcze warto zauważyć, że jedzenie mięsa to temat budzący dużo emocji w mediach społecznościowych. Często w komentarzach weganie są wyśmiewani lub nazywani ekoterrorystami. Co więcej, wytrawni mięsożercy wskazują, że jest to pokarm naturalny dla człowieka. Ciekawe jest to, że nie jest. Człowiek był na początku roślinożercą. Krótką historię tego, jak i dlaczego nasz gatunek zaczął jeść mięso możecie przeczytać tutaj. Dłuższą historię zawiera książka „Sapiens. Od zwierząt do bogów”, którą bardzo, ale to bardzo polecam.

Prapoczątki – nie jeść dzieci

Wspominałam już, że kocham zwierzęta? No właśnie. Więc teraz wyobraźcie sobie taką malutką, słodziutką krówkę albo owieczkę. A dobra, co tam będziecie sobie wyobrażać! Macie:

dziecko krowa, krówka czy cielęcina

małe owce, jagniątka, czy jagnięcina

mama krowa i dziecko krówka

I takie obrazki (+ wyobrażenie, jak może wyglądać rzeź takiego stworzonka) skłoniły mnie wiele lat temu do decyzji, że… nie będę jeść dzieci. Czyli z mojego jadłospisu wykluczyłam jagnięcinę, cielęcinę, prosięta i kurczęta. Nie muszę chyba wspominać, że było to banalnie proste. Mięsnych alternatyw pozostawało bardzo wiele, a do tego dosyć rzadko bywam w ecie-pecie restauracjach,  gdzie takie potrawy są serwowane. Bartek również nie miał żadnego problemu, aby taką zasadę przyjąć.

Krok drugi – nie jeść ssaków

Niecałe 2 lata temu zdecydowaliśmy, że czas przenieść się na kolejny poziom i spróbować nie jeść mięsa ssaków. Dlaczego akurat tak? Mieliśmy kilka przesłanek.

  1. Sami jesteśmy ssakami. Według najnowszych badań, wszystkie ssaki odczuwają emocje, a świnie są inteligentniejsze od psów. Czemu mamy skazywać stworzenia tak podobne do nas na los spędzenia całego krótkiego życia w ciasnej klatce i śmierci w rzeźni?
  2. Łatwiej jest dotrzymać postanowienia, jeśli nie zmienia ono drastycznie naszych przyzwyczajeń. Pomyśleliśmy więc, że jeśli zostawimy sobie możliwość jedzenia drobiu i ryb, to spokojnie obędziemy się bez jedzenia ssaków.
  3. Czerwone mięso uznawane jest za rakotwórcze (niedowiarków odsyłam na stronę WHO).

No i wszystko ładnie pięknie, tę zasadę też udało się wprowadzić bez problemu. Dopóki nie przyszły święta, wizyta u rodziców lub sezon grillowy. Nie jesteśmy raczej osobami, które lubią tworzyć problemy innym ludziom, dlatego, jak babcia dała gołąbka, to się zjadło gołąbka. Jak widzicie zatem stosowaliśmy zasadę niejedzenia czerwonego mięsa z wyjątkami.

Krok trzeci – mięso 1-2 razy w tygodniu

To jest właśnie ten moment, a raczej proces, kiedy ograniczenie spożycia mięsa odbyło się u nas trochę bezwiednie. Być może wiecie, że co tydzień planujemy posiłki. I jakoś tak się stało, że w tych naszych obiadach było coraz mniej mięsa. Nie było to wtedy naszym postanowieniem. Jak jechaliśmy na weekend do rodziców, to nie wybrzydzaliśmy, że mięska to nie (zwłaszcza, kiedy mama radośnie oznajmiała, że specjalnie dla nas jest drób zamiast schabowego). Po prostu, jak sami decydowaliśmy co na obiad, to zwykle były to dania wegetariańskie. Kiedy to zauważyliśmy, to postanowiliśmy wprowadzić to jako zasadę – mięso na obiad raz, maksymalnie dwa razy w tygodniu (plus to, co zjemy w gościach, jeśli nie ma innego wyjścia). Co zamiast mięsa? Dużo kasz, jajka, sycące warzywa, soczewica lub cieciorka i sery. Uwierzcie mi, że da się tym najeść 🙂

Tutaj muszę wspomnieć o jeszcze jednej kwestii – prowadzimy dosyć intensywny tryb życia. Myślę że Bartka mogę spokojnie nazwać sportowcem. Czy ograniczenie spożycia mięsa wpłynęło negatywnie na jego wyniki? Nic takiego nie zauważyliśmy, wręcz ostatni sezon był u Bartka najlepszym pod kątem osiągniętych lokat w docelowych zawodach (u mnie też, ale ja nie mam tak bogatej historii sportowej, żeby mieć do czego się porównać). Wygląda więc na to, że męska siła, to raczej kwestia treningu, a niekoniecznie jedzenia dużej ilości steków 😉

Przerwa

Na około rok sytuacja się trochę zmieniła. Ciąża sprawiła, że to mój organizm mówił mi co mam zjeść (swoją drogą niesamowite uczucie, kiedy dokładnie wiesz, że dopóki nie zjesz tego konkretnego produktu, to nic innego cię nie zaspokoi). No i jeśli czułam, że od kilku dni ciągnęło mnie na burgera, to jadłam tego burgera. Ponadto, lekarze zalecają ciężarnym jedzenie białego mięsa i ryb znacznie częściej niż raz w tygodniu. Tak więc, na czas ciąży nasza dieta została zawieszona. Bartek na początku starał się dzielnie trzymać naszych postanowień, ale za którymś razem, jak biedak nie miał co zjeść, to skapitulował i jadł to, co ja. Oczywiście dalej staraliśmy się wykluczać czerwone mięso, ale nie stosowaliśmy się do tej zasady tak bezwzględnie jak wcześniej. Plan był taki, aby wrócić do niej zaraz po tym, jak maluch będzie już z nami.

Krok czwarty i stan obecny – jeden wegański obiad w tygodniu

Udało się. Co prawda nie od razu, ale po jakichś trzech miesiącach po porodzie powróciliśmy do stanu sprzed ciąży. Czyli jemy mięso nie więcej, niż raz w tygodniu – drób lub rybę. Wprowadziliśmy jednak dodatkową zasadę, która bardzo mi się podoba – planujemy jeden wegański posiłek w tygodniu. W poszukiwaniu inspiracji zwykle posiłkujemy się Jadłonomią. Jestem zaskoczona, jak wiele sytych i pysznych dań roślinnych odkryliśmy. Polecam każdemu taki eksperyment.

Podsumowanie

Na koniec chciałam podkreślić, że każdy ma prawo do własnych decyzji i opinii na różne tematy, również jedzenia lub niejedzenia mięsa. Opisałam naszą drogę (która jak widzicie jeszcze nie jest nawet bliska końca) tylko jako przykład, który może posłużyć komuś za inspirację. Zdaję sobie sprawę z tego, że daleko nam do ideału i że niejeden weganin może teraz chcieć zadać nam trudne pytanie w stylu „a myślisz, że kurczaka to nie boli, jak siedzi w tej klatce?”. Pewnie boli, dlatego jemy jajka wyłącznie z chowu maminego (takie mamy szczęście), ewentualnie ekologicznego, a kurczaki tylko z hodowli zagrodowej, ale to już całkiem inny temat. Celem tego wpisu było to, żeby pokazać, jak można ograniczyć jedzenie mięsa i że wcale nie trzeba przeskoczyć bezpośrednio do weganizmu, bo na tej drodze jest wiele stacji pośrednich, na których można wysiąść na krótszą lub dłuższą chwilę 🙂

6 komentarzy

  • Świetny wpis! Mega szczery i bez przymusowego nakłaniania albo obrażania osób nie-wegetarianów, co niestety spotyka się czasem w tego typu tekstach 🙁 Będę wpadała częściej! 🙂

  • Bardzo podoba mi się Twój pomysł na rozłożenie drogi do weganizmu na konkretne kroki. Popieram takie inicjatywy. Sama jestem na drodze do odstawienia wszystkiego pochodzącego od zwierząt, ale wciąż daleko mi do doskonałości. Mięsa nie jem od 10 lat, rok temu odstawiłam mleko a chwilę później nabiał i jajka. Od czasu do czasu zjem rybę, ale jest to kolejny krok na drodze do… Jestem przerażona tym, że wielu wegan tak restrykcyjnie podchodzi do weganizmu innych osób – potrafią się wypowiadać bardzo negatywnie zamiast cieszyć się tym, że komuś się udało. Dla kogoś odstawienie jogurtu to może być naprawdę wielka rzecz – a i tak spotka się z krytyką. Może dlatego weganie są tak bardzo nielubiani… Ale przechodząc do sedna: fajny wpis 😀

  • Mafizm to kompletne wyłączenie mięsa ssaków z diety człowieka , jak również ochrona w tym prawna tego gatunku . Ponieważ ssaki są wyjątkowe i bardzo podobne do ludzi. Ssaki, w tym ludzie, są jedynymi w rodzaju zwierzętami, które tulą się do piersi matki w okresie dorastania. Wszystkie ssaki – i tylko ssaki – kochają przytulanie i głaskanie, oraz rozwijają osobowości oraz zdolności do kochania innych. Ani gady, ani ryby, ani ptaki nie posiadają żadnej z tych zdolności .Tylko ssaki przy bezpośrednim kontakcie z człowiekiem będą starały się zaprzyjaźnić z nim. Konsumpcja ssaków takich jak psy, koty, krowy, konie, małpy, świnie, owce, słonie, czy wieloryby jest zatem równoznaczna z kanibalizmem i powinno się powstrzymywać przed tym.
    Drób czy ryby, ponieważ nie są ssakami i mogą być spożywane. Zdarza się, że wyeliminowanie czerwonego mięsa z diety służy zdrowiu, dlatego też mafism jest jedynym logicznym rozwiązaniem dla tych, którzy są zainteresowani wegeterianizmem ze względów zdrowotnych , ale bez ubytków białkowych i konieczności stosowania sztucznych suplementów jak w weganizmie!

    • Nie znałam pojęcia mafizmu, dzięki za ten opis 🙂

  • Ja lubię ryby , nabiał i generalnie uważam że wpis jest super. Tak DNA ssaków jest bardzo podobny do ludzkiego , ale weganizm mnie odstrasza. To szereg substytutów i chorób nie potrzebnie sobie serwowanych . choroby wątroby , trzustki , anemia i ciężkie choroby dzieci to bardzo ciężki kompromis skrajnej diety. Jak to pogodzić z miłością do zwierząt , a tak będąc nadrzędnym trzeba je szanować i dbać o nie , a ssakom dać żyć. pozdrawiam

Dodaj komentarz